Jesteś na: Strona główna / Działalność Muzeum / Recepta na wiedzę / Jak arystokratyczne rezydencje broniły się przed pożarem

Jak arystokratyczne rezydencje broniły się przed pożarem

W czasach, gdy domy w znacznym stopniu wznoszono z drewna, a ogrzewanie oraz gotowanie odbywało się przy pomocy otwartego ognia, zaś światło pochodziło od świec i prostych lamp olejowych często dochodziło do pożarów. Nawet wówczas, kiedy użycie cegły i kamienia w rezydencjach stało się bardziej powszechne, znaczna ilość drewna wciąż była wykorzystywana do konstrukcji podłóg czy dachów. W czasach średniowiecza ryzyko pożaru ograniczano, urządzając kuchnie w odrębnych budynkach, a praktykę tę kontynuowano do XIX w. Oprócz kuchni, także browary znajdowały się w innych budynkach. [fot.1] Pozwalało to również na uniknięcie obecności pary i brzydkich zapachów w domu. Przed otwartym ogniem umieszczano specjalne zabezpieczenia – ekrany kominkowe, które miały zapobiec wypadnięciu iskier. Stosuje się je zresztą po dziś dzień. [fot.2-5] Duże ryzyko pożaru stwarzały prace renowacyjne i inne prace budowlane, przede wszystkim ze względu na używanie podczas nich świec i lamp do oświetlenia prac w ciemnych przestrzeniach, a co za tym idzie łatwość zaprószenia ognia.

Do końca XVIII w. główną metodą gaszenia pożarów były wiadra z wodą lub piaskiem. Napędzane siłą rąk pompy wodne zastosowano po raz pierwszy w poł. XVII w. W kolejnych stuleciach pojawiały się coraz bardziej udoskonalane modele. Pompy te posiadały zbiornik na wodę, który trzeba było napełniać wiadrami. Nie mogły, więc zapewnić sporo wody, ale pozwalały na to, by strumień wody był skierowany w epicentrum ognia. Jeden z typów ręcznej pompy ogniowej przypominał wozy strażackie używane w miastach. Przechowywano je w zabudowaniach gospodarczych. Była to duża pompa ulokowana na wozie ciągniętym przez ludzi lub konie. Szerokie dźwignie umożliwiały obsługę przez kilku ludzi. Długie węże wykonywano ze skóry lub płótna i czasami przewożono na oddzielnym wozie. Wodę można było czerpać z pobliskiego stawu, strumienia czy innego źródła.

Pierwszy napędzany parą wóz strażacki powstał w Londynie ok. 1828 r., ale nie stał się powszechny aż do poł. XIX w. Zaopatrzyło się w nie kilka większych rezydencji, nie tylko by chronić posiadłość, ale też pobliską wieś. Wozy takie były ciągnięte przez konie i posiadały kocioł podobny do tych w lokomotywach, z rurami o małych średnicach, które w przeciągu dziesięciu minut osiągały pełną moc ciśnienia. Niektóre posiadłości miały do dyspozycji własne brygady strażackie. Warto wspomnieć, że książęcą straż pożarną utrzymywał przy swej rezydencji w Pszczynie książę Hans Heinrich XI von Pless (1833-1907).

Udoskonalenia w technologii dostarczania wody wprowadzane od pocz. XIX w. doprowadziły do zastosowania hydrantów przeciwpożarowych rozmieszczanych na obrzeżach wielu rezydencji. Zwykle były one połączone z głównym hydrantem, który dostarczał wodę do domu. W niektórych przypadkach posiadały odrębne źródło wody ze zbiornika usytuowanego w wieży lub na wzniesieniu terenu, utrzymującym podniesione ciśnienie wzmagające zasięg pomp ogniowych. W końcu XIX w. w angielskich rezydencjach powszechne stało się instalowanie wertykalnych rur o szerokiej średnicy, zlokalizowanych często w przestrzeni gospodarczych klatek schodowych. Na każdym poziomie miały kran, do którego można było przykręcić przechowywany w pobliżu wąż. Początkowo Instalacje te były stale zaopatrywane w wodę pod ciśnieniem, niekiedy posiadały też mierniki wskazujące ciśnienie. Później jednak, być może na skutek wycieków, pozostawały puste i należało odkręcić zawór, zanim użyło się węża.

W XVIII w. opatentowano projekty gaśnic. W drugiej dekadzie XIX w. wynalazca George William Manby z Norfolk opatentował gaśnicę, której sposób działania polegał na wykorzystaniu sprężonego powietrza do wyrzucenia wodnego roztworu z kanistra. Późniejsze rozwiązanie, oparte na pomyśle dwóch Francuzów – Carliera i Vignona – z ok. 1865 r., wykorzystywało chemiczną reakcję do wyprodukowania dwutlenku węgla, który wypierał wodę ze zbiornika poprzez wąż. Ta metoda jest wykorzystywana po dziś dzień, a w wielu historycznych rezydencjach wciąż zachowały się charakterystyczne stalowe ramiona, w których umieszczano najbardziej powszechny typ tych gaśnic – tzw. gaśnice Minimax o stożkowym kształcie. Tego typu gaśnica zachowała się także w zamku pszczyńskim. [fot.6-7]

W poł. XIX w. pojawiły się pierwsze automatyczne systemy alarmowania. Nieoceniona pozostawała jednak zawsze rola nocnych stróżów, którzy nie tylko mieli strzec rezydencję przed nieproszonymi gośćmi, ale również sprawdzać, czy wszystkie światła i świece zostały w domu wygaszone.

Zamku pszczyńskiego pożary nie ominęły. Ludwik Musioł, autor monografii historycznej Pszczyny z 1936 r., podaje, że w 1679 r. pożar strawił miasto z wyjątkiem kościoła i zamku. Być może faktycznie ogień nie dotknął wówczas zamku, niemniej jednak jego ówczesny właściciel, hrabia Baltazar Erdmann von Promnitz, już w roku następnym zlecił w nim szeroko zakrojone prace budowlane, które były prowadzone pod nadzorem mistrza murarskiego Consilio Miliusa do 1689 roku. To właśnie w trakcie tej przebudowy powstał w 1687 r. murowany budynek warty zw. Bramą Wybrańców istniejący po dziś dzień. W 1680 r. hrabia Promnitz wydał też dla miasta Pszczyny „porządek ogniowy”, czyli szczegółowy regulamin przeciwpożarowy. W 1734 r. Erdmann II von Promnitz zlecił barokową przebudowę zamku pszczyńskiego według projektu Christiana Jähne. Do 1737 r. wzniesiono nowe skrzydło północne (środkowe) stanowiące oś całego założenia. Prace zniweczył jednak pożar, który wybuchł w lipcową noc tegoż roku z powodu nieostrożności zamkowego piekarza. W zamku zniszczona została wówczas także zbrojownia, a „pamiątką” po tym pożarze ma być fragment lufy armaty z otworem zapałowym odnaleziony w trakcie prac remontowych zamku w 2004 r. Był on wbity w belkę więźby dachowej dawnej baszty w południowo-zachodnim skrzydle zamku (dzisiejszy poziom strychu). Jak się przypuszcza, fragment utkwił w belce w wyniku wybuchu, do którego doszło w trakcie pożaru. [fot.8] Z kolei w wielkim pożarze Pszczyny, który wybuchł w 1748 r., zniszczeniu uległa zamkowa ujeżdżalnia.

Właściciele zamku starali się zapobiegać pożarom. W roku 1776 książę Friedrich Erdmann von Anhalt-Köthen-Pless wydał nowy regulamin przeciwpożarowy dla miasta, a w 1821 r. książę Heinrich von Anhalt-Köthen-Pless zakupił dla zamku dwie sikawki. Przydały się jeszcze tego samego roku – w grudniu wybuchł w zamku pożar, który udało się ugasić przy pomocy mieszkańców miasta. W podziękowaniu za pomoc w styczniu następnego roku książę wydał wielki bal w pałacyku Bażantarnia i w okolicznych lokalach.

O tym, jak wyglądała ochrona przeciwpożarowa zamku na pocz. XX w., za czasów jego ostatnich właścicieli, czyli rodziny Hochberg von Pless, informacji dostarcza nam inwentarz zamku z 1915 r. zachowany w zasobach Archiwum Państwowego w Katowicach Oddział w Pszczynie. Wiemy z niego, że na wyposażeniu rezydencji znajdowało się wówczas 7 gaśnic (w tym 1 na parterze, 1 na I piętrze, 2 na II piętrze i 3 na III piętrze), 15 węży pożarniczych (w tym 3 na parterze, 3 na I piętrze, 3 na II piętrze i 6 na III piętrze), 19 wiader pożarniczych (w tym 4 na parterze, 2 na I piętrze, 13 na III piętrze) oraz 1 przenośna pompa strażacka (na III piętrze).

autor: Sylwia Smolarek-Grzegorczyk

Jak arystokratyczne rezydencje broniły się przed pożarem

8